"Nie zrobię filmu o macho" - rozmowa z Tomkiem Jurkiewiczem
Kategoria: WywiadyO kalafiorach o smaku kiwi, plakatowych bohaterach i uczeniu się szaleństwa w życiu rozmawialiśmy z Tomkiem Jurkiewiczem. Autor filmów "Próba mikrofonu", "Babcia wyjeżdża", "Gdyby ryby miały głos" i "Cały świat Hani i Stasia", laureat nagród m.in. w Karlowych Warach, Seulu i Krakowie w zeszłym roku rozwijał swój scenariusz na film pełnometrażowy w Szkole Wajdy.
Powiedz, skąd wziął się pomysł na przyrządzenie kalafiorów o smaku kiwi? Powstał w głowie czy w garnku?
Po raz pierwszy pojawiły się w noweli literackiej, którą napisałem na konkurs Studia Munka.
Próbowałeś ich?
Nie. Ale jedli je aktorzy podczas kręcenia scenki. Stwierdzili, że gorące nawet nie były takie najgorsze. Za to zimne były wstrętne. Ale przetrwali!
Masz na koncie sporo filmów i nagród. Czy Szkoła Wajdy była ci potrzebna?
Coraz częściej przekonuję się o tym, że zawód reżysera jest trudny. Kiedy byłem jeszcze w szkole w Katowicach, praca nad filmami była dosyć łatwa. Z innymi studentami wspieraliśmy się nawzajem, odbywały się regularnie zajęcia. Czuło się energię i sens działania, bo później powstawało z tego coś interesującego. Po szkole miałem jeszcze sporo wcześniejszych pomysłów i dużo szczęścia, więc udało mi się zrobić „30 minut” i dokument dzięki dofinansowaniu PISF-u.
Ale potem zobaczyłem, że nie jest już tak łatwo. Potrzebuję ludzi, z którymi mogę rozmawiać o swoich projektach. Nie chciałem iść do kolejnej szkoły, znowu zaczynać od początku. Przekonała mnie jednak forma zajęć. Chodzi tutaj bardziej o development scenariuszowy – u Wajdy pracuje się nad jednym projektem. A więc właśnie o to, na czym mi zależało.
Potem jeszcze okazało się, że lista studentów jest bardzo dobrze ułożona. Są tu nie tylko reżyserzy, ale też i scenarzyści i aktorzy, którzy patrzą na to z własnego punktu widzenia. Są też ludzie, którzy mają doświadczenie w filmie dokumentalnym i sztukach wizualnych. Dzięki temu swój projekt można zobaczyć z wielu różnych perspektyw.
Zrobiłeś zdecydowanie więcej fabuł, niż dokumentów. Nie wolałeś podszkolić się u nas w dokumencie?
W dokumencie czuję się pewniej, mimo że zrobiłem ich tylko dwa. Fabuła wydaje mi się bardziej skomplikowana. Często jest tak, że jak się ma dobry pomysł i szczęście, to może powstać niezły dokument. W fabule to nie wystarczy.
Mimo wszystko udało ci się wykształcić własny styl, rozwinąłeś w oryginalny sposób pewną tematykę.
Wydaje mi się przesadą, że mam własny styl. Ale jednak obawiam się pewnej maniery. Tego, że będę wciąż tworzył scenariusze o samotnych, nieprzystosowanych do życia i mieszkających na prowincji ludziach oraz ich problemach miłosnych. Oczywiście tacy bohaterowie są mi bardzo bliscy, ale chciałbym znaleźć ich psychologię. Patrząc z perspektywy wydaje mi się, że traktowałem ich dość szkicowo. Wojciech Marczewski powiedział, że moje postacie były trochę plakatowe, obliczone na zbyt łatwy efekt komediowy. Oczywiście pozostanę wiernym sobie - nie zrobię teraz filmu o „macho”. Ale od problemów pierwszego zakochania chciałbym odejść.
Czym różni się twój nowy bohater od poprzednich?
Poprzedni bohaterowie byli samotnikami, natomiast ten nim nie jest. Jego problem, którego zresztą sam na początku nie dostrzega, polega na tym, że nie ma marzeń. Szaleństwa uczą go chory na Alzheimera dziadek i nowo przybyła do jego miasteczka dziewczyna.
Czy w twoim debiucie pełnometrażowym znajdzie się miejsce na groteskę i realizm magiczny, które do tej pory wykorzystywałeś, czy będziesz od niech uciekał?
Od groteski wolałbym uciec. Realizm magiczny jest ważny, ale chciałbym wzbogacić go o kino bardziej psychologiczne. To tej pory bardziej skupiałem się na historii i atmosferze. W filmie pełnometrażowym muszę poszukać głębiej, żeby utrzymać zainteresowanie widza przez półtorej godziny.
Z „Kalafiorów o smaku kiwi” nakręciłeś w Szkole Wajdy dwie sceny. Za każdym razem brałeś innych aktorów i wygląda na to, że nadal będziesz musiał szukać. Jak myślisz, z czego to wynika?
Z trudności pracy nad scenariuszem półtoragodzinnym. Z tego, że nie jestem jeszcze do końca pewny, jakie te postacie powinny być. Wciąż szukam charakterów niektórych z nich. Podczas kręcenia próbnych scen można sprawdzić, jak poszczególne typy sprawdzają się w konkretnych rolach. Kwestia zobaczenia na ekranie tego, co było napisane, dużo unaocznia. Od razu widać w jakim kierunku powinno się pójść. Moje scenki różnie powychodziły, ale na pewno jestem bliżej ostatecznej wizji, niż byłem przed przyjściem do szkoły.
Z Tomkiem Jurkiewiczem rozmawiała Ada Bogdziewicz