ROZMOWA Z PIOTREM BERNASIEM
Kategoria: Wywiady27 maja o godzinie 18.00 w Kinie Kijów.Centrum, podczas 51. Krakowskiego Festiwalu Filmowego, odbędzie się światowa premiera filmu "Paparazzi". Krótkometrażowy dokument, który przedstawia kulisy budzącego skrajne emocje zawodu, zakwalifikował się zarówno do Konkursu Międzynarodowego, jak i do Konkursu Polskiego. Rozmawiamy z Piotrem Bernasiem, reżyserem filmu zrealizowanego w ramach Programu Dokumentalnego w Szkole Wajdy.
Czy nie uważasz, że Twój film promuje zawód paparazziego?
Odpowiedziałbym pytaniem na pytanie: czy ktoś po tym filmie chciałby uprawiać taki zawód? Staram się go pokazać od różnych stron i maksymalnie szeroko. Ale znów nie sam zawód mnie interesuje. Interesuje mnie człowiek, który go wykonuje i cena jaką płaci za codzienne przekraczanie granic. Nie wierzyłem, że ktoś może być w stu procentach cynikiem. Podejrzewałem, że w moim bohaterze, musi się coś ścierać; że twarz którą pokazuje publicznie nie jest jedyną jego twarzą.
Co było najpierw: sam paparazzi czy pomysł na film o paparazzim?
Najpierw był pomysł na opowiedzenie o sytuacji, która wytworzyła się w mediach i społeczeństwie i mojej na nią niezgodzie. Chodzi mi o tabloidyzację, która stopniowo wypiera inne treści. Od tego wyszedłem. Natomiast bardzo się bałem, że jak już zacznę z paparazzim, to spotkam dość płaskiego człowieka. Potem pojawiły się też inne wątpliwości: jeśli ruszać ten temat, to jak go ruszać, żeby nie była to tylko publicystyka. Pierwotnie była we mnie pokusa, żeby wyśmiać to wszystko.
Na początku zdjęć czy już przy montażu?
Jeszcze przed realizacją, mówię o konceptualnym założeniu. Wydawało mi się czymś absurdalnym angażowanie przez kogoś tak długiego czasu, inwestowanie tak ogromnej porcji energii w to, żeby zrobić kilka zdjęć, które nie mają wartości ani merytorycznej, ani artystycznej. Całe sztaby paparazzich pracują, żeby kogoś rozgryźć, żeby komuś zrobić zdjęcie bez majtek czy w majtkach. Czy to nie jest zabawne? Absurd, w którym żyjemy jest tak piękny, że postanowiłem się z nim zmierzyć.
Czy łatwo było namierzyć paparazziego, kiedy wymyśliłeś już sobie temat?
Paparazziego - Przemka, znałem z wywiadów telewizyjnych. Ten człowiek medialnie mnie drażnił. Nie wydawał mi się zbyt ciekawą osobą. Później przeczytałem reportaż w Polityce, gdzie Przemek dosyć bezpośrednio wyrażał się o tym, co robi. Wydawał mi się wtedy odrażający. Później doszedłem do wniosku, że może bardziej drażniły mnie programy, które były z nim robione i pytania, które były zadawane. Zauważyłem, że konsekwentnie był w nich kreowany na bohatera, na autorytet. Tak naprawdę, właśnie to publicystyczne podejście do zawodu paparazzi jak do ciekawostki tego świata jest promocją tego zawodu. Ja chciałem zrobić film antypromocyjny. Przyjrzeć się zjawisku głębiej - nie tak jednostronnie i jednoznacznie jak media do tej pory.
Kiedy ostatecznie przekonałeś się do swojego bohatera?
Przemek na pierwszym spotkaniu ujął mnie tym, że powiedział: - Wiesz co… to jest tak, jak na rzymskich igrzyskach, jak w cyrku, jak na arenie. Są lwy, jest ten chrześcijanin, który jest rzucany na pożarcie i cała gawiedź, która się temu przygląda. I pamiętam, że zadałem mu pytanie: - Kim ty jesteś? I on powiedział: - Jestem lwem. A potem jeszcze: - Tym co sprzedaje bilety… Wiele razy zastanawiałem się później jaką rolę pełni paparazzi. Na pewno jest częścią wielkiego układu pokarmowego, na który składają się redaktorzy zamawiający głupie zdjęcia, czytelnicy kupujący tabloidy i same gwiazdy, których być albo nie być zależy od tego jak często ich zdjęcie ukaże się w tego typu prasie.
Im bardziej poznawałem bohatera, tym bardziej okazywało się, że mimo trudnej przeszłości i doświadczeń, mimo tego, że w życiu przekroczył już niemal wszystkie granice, jest w nim na samym dole duszy coś urzekająco dobrego. Nie zatracił tego do końca. Starałem się tego uchwycić i trzymałem rozpaczliwie. Wiele razy mnie zawodził. Wiele razy mówiłem sobie: - Nie bądź naiwny. Facet chyba naprawdę jest wyłącznie cynikiem. I wreszcie coś się stało. Przeprowadziliśmy kilkugodzinną rozmowę po której już wiedziałem, że Przemek nie jest jednowymiarowy. Myślę, że otworzył się dzięki temu, że spędziliśmy razem dużo czasu.
Jak długo trwały zdjęcia?
Zacząłem dokumentację na początku września 2009. I później długo, długo nic – jakieś trzy miesiące Przemek się nie odzywał, nie odbierał telefonów. Pod koniec listopada było kilka dni zdjęciowych i jeszcze kilka w grudniu; miedzy innymi wyjazd pod willę Polańskiego, gdzie reżyser przebywał w areszcie domowym.
Po wyjeździe do Szwajcarii postanowiłem poszerzyć ekipę. Miałem poczucie, że pracując sam jako reżyser i operator w jednym, tracę za dużo rzeczy. Muszę być troszkę na orbicie i obserwować, a nie tylko siedzieć przy bohaterze. Jednocześnie Przemek nigdy nie dawał mi gwarancji, że nie zerwie zdjęć dzisiaj czy jutro, a ja przy takim jego podejściu próbowałem łapać, co się tylko da, bo każdy dzień zdjęciowy mógł być tym ostatnim. Mimo ryzyka zniechęcenia bohatera wstrzymałem zdjęcia na dwa miesiące. To dało mi czas na znalezienie operatora.
Łukasz Żal wszedł w ten projekt całym sobą. Chciał ze mną robić ten film nie patrząc na to, ile czasu to będzie trwało. Wiem, że z innym operatorem, który patrzyłby na zegarek albo na daty bym tego nie pociągnął. Łukasz miał zresztą bardzo trudne zadanie, bo spora część zdjęć była już nakręcona przeze mnie, a wiadomo było, że te sytuacje (rozmowa z policjantami, hospicjum, Polański) już się nie powtórzą. Jego zadanie stawało się podwójnie trudne, gdy stylistykę swoich zdjęć musiał dopasować do bardzo reporterskich zdjęć z mojej kamery. Zanim poznałem Łukasza kontaktowałem się z kilkoma niezłymi operatorami, ale tylko on podjął to trudne wyzwanie i jak się szybko okazało wspaniale mu sprostał.
Łukasz zresztą podszedł do projektu bardzo kreatywnie. Czasami może nawet zbyt kreatywnie, więc się często kłóciliśmy. Zawsze jednak znajdowaliśmy kompromis. Dyskusją, obserwacją i pomysłami wniósł do mojego myślenia o filmie bardzo dużo, a nie było łatwo: kiedy zaczęliśmy wreszcie wspólne zdjęcia - dosłownie jeden dzień próbny – (wtedy Przemek polował na Depardieu, który nagrywał w Polsce reklamówkę) - nasz bohater znów zniknął z pola widzenia na dwa miesiące. Zero kontaktu. Miałem już przed oczami wszystkie czarne scenariusze. Zastanawiałem się, czy nie szukać drugiego bohatera albo może zrobić krótką, śmieszną etiudkę o wypadzie do Szwajcarii.
To wszystko było takie skokowe. Nie dość, że bohater był trudny i nieprzewidywalny, to jeszcze same zdjęcia były ogromnym wyzwaniem w realizacji (kamera towarzyszy Przemkowi głównie w samochodzie, bo tam bohater spędza dziewięćdziesiąt procent swojego czasu). Całość wspominam jako bardzo nerwowy, ale i bardzo płodny okres.
Zdjęcia ostatecznie skończyliśmy we wrześniu 2010, ale dwa ostatnie miesiące spędziliśmy na łapaniu brakujących nam do montażu ujęć już bez udziału bohatera.
Ile czasu spędziliście w Szwajcarii?
Pod samym domem Polańskiego pięć dni. Przemek był zdeterminowany, bardzo chciał ustrzelić Polańskiego, tym bardziej że wiązało się to z ogromnymi pieniędzmi, a w tamtym okresie był w poważnych tarapatach finansowych.
Tak jak wspominałem, po Szwajcarii nastąpił kryzys. Z jednej strony po pięciu dniach bezsensownego biwakowania pod willą Romana Polańskiego byłem bardzo zmęczony moim bohaterem, z drugiej zastanawiałem się nad inną formułą zdjęć. Kiedy już znalazłem wspaniałego operatora, który tak samo jak ja uwierzył w projekt i wydawało się, że teraz wszystko pójdzie z górki, mój bohater przestał odbierać telefony ode mnie. Pozostałem z materiałem, który w najlepszym razie nadawał się na niezłą komedię dokumentalną. Nie to jednak chciałem zrobić.
Przełom nastąpił w kwietniu, prawie po czterech miesiącach przerwy w zdjęciach. Doszło wówczas do nagrania szczerej, kilkugodzinnej rozmowy z bohaterem, po której nabrałem przekonania, że uda mi się zrobić film niejednostronny. Zresztą to było największe niebezpieczeństwo, na które profesorowie ze Szkoły Wajdy zwracali mi uwagę od samego początku.
Udało ci się obiektywnie pokazać tę postać?
Nie istnieje coś takiego, jak obiektywizm, ale wydaje mi się, że udało mi się pokazać mojego bohatera szczerze, rzetelnie i w zgodzie z tym, jak czułem. Chciałem go pokazać na granicy, wiecznie balansującego. Myślę, że jest to bardzo bliskie prawdy o nim, a na pewno zgodne z tym jak ja go widzę.
A jak ty się czułeś podczas realizacji? Poniekąd też chyba wszedłeś w skórę paparazziego z kamerą.
Nie zgadzam się z określeniem, że wszedłem w skórę paparazziego i postępowałem jak on, bo jednak robiłem mój film za zgodą bohatera. Wiedział, że go obserwuję, a nie podglądam. A to jest różnica.
Poznając Przemka zrozumiałem, że chcę go w jakiś sposób ocalić dla siebie samego i dla niego samego. Dać mu szansę. Po tym filmie może wyjść na prostą. To było najbardziej fascynujące: spróbować zrównoważyć ilość minusów, która się zgromadziła, kilkoma plusami, które by spowodowały, że moglibyśmy spojrzeć na tego człowieka bardziej wielowymiarowo. Cały czas widziałem w nim dramat. Widziałem kogoś, kto być może od jutra chciałby zacząć nowe życie, ale nie za bardzo wie jak, bo jest już tak bardzo uzależniony od tego, co robi. Myślę, że liczy się to, czy chcemy wierzyć w drugiego człowieka. Ja chcę wierzyć w to, że Przemek kiedyś zacznie nowe życie.
Czasami być może czułem się jak paparazzi, ale tylko przez fakt uczestniczenia na żywo w jego akcjach. W końcu siedziałem w fotelu obok, w jego samochodzie.
Policjant, który interweniuje w materiale filmowym w efekcie wylegitymował Przemka i mnie. Później miałem nalot policji w domu. W innej sytuacji, która w filmie się nie znalazła, miałem zajście z Biurem Ochrony Rządu. Przemek to sprytnie wymanewrował. Chcąc upolować Tuska wystawił mnie jako wabika, o czym ja oczywiście nie wiedziałem. Podeszło dwóch oficerów BOR-u i zaczęło mnie sprawdzać. Nie minęły dwa tygodnie i znów miałem wizytę policji w mieszkaniu.
Raz byliśmy pod willą Jarosława Kaczyńskiego, gdzie krążyli paparazzi. Jakiś przechodzień stanął na przejściu dla pieszych, zatrzymał nasz samochód na środku drogi i zaczął obrzucać obelgami: - Bandyci! Boga w sercu nie macie!! Wstydu nie macie? Łukasz – operator, wtedy struchlał. Filmować czy nie filmować zdarzenie?
Hospicjum. Kolejny dylemat. Dla mnie śmierć to jest jednak nieprzekraczalny temat tabu. Ale z drugiej strony też zadawałem sobie pytanie: - No zaraz, ale jeśli nie sfilmuję mojego bohatera, jak usiłuje zrobić zdjęcie umierającego księdza, to jak opowiem o tym, że Przemek jest zdolny przekroczyć nawet i tę granicę? Jak zatem filmować?
Tego typu dylematy miałem przez cały okres realizacji filmu. Ostatecznie wydaje mi się jednak, że daleko mi do przekroczenia w moim filmie jakichkolwiek granic moralnych, a już porównywanie moich metod do metod pracy paparazzi jest zdecydowanym nadużyciem.
Czyli nie przekraczałeś żadnych granic w stosunku do swojego bohatera?
Przemek na samym początku ustalił granice jasno: - Możesz ze mną robić, co chcesz, ale mojej rodziny nie tykaj. Więc dla mnie to był temat tabu. Umówiliśmy się, więc tego nie ruszałem mimo, że mógłbym to w jakiś sposób ograć. Ostatecznie w filmie jest jedna sytuacja rodzinna – telefon do żony, który opisuje zresztą bardziej Przemka, niż jego żonę.
Uważasz, że nie można żyć w zgodzie ze sobą i z etyką będąc paparazzim? Przecież niektórzy celebryci chcą być fotografowani…
Zarejestrowaliśmy taki epizod, który ostatecznie wycięliśmy. Dzwonił znany polski aktor, żebyz ukrycia sfotografować go w momencie, w którym kupuje z dziećmi choinkę. Ogólnie znanym faktem jest to, że pewna gwiazda jako paparazziego używa swojego brata, któremu kupiła motocykl i aparat. I to on jest jej nadwornym fotografem. Zrobiła z tego family business. Jednak mnie tego typu ciekawostki nie interesowały. Gdybym robił film o gierkach, to zrobiłbym komedię. Spora część celebrytów nie chce być jednak fotografowana w intymnych sytuacjach. Bardziej istotne jest zapytać o to, co czytelnicy chcą oglądać. Niestety ludzi interesuje zaglądanie, podglądanie i poniekąd jest to film o tym. Paparazzi, którzy niby są beneficjentami takiego stanu rzeczy, moim zdaniem są wielkimi przegranym. Patrząc na to, jak ich życie wygląda…
Sam miałeś okazję zasmakować, jak takie życie wygląda.
Cały czas w napięciu, bardzo mały kontakt z rodziną, gonienie za króliczkiem, który czasem wcale nie ucieka lub wyobrażanie sobie, że jednak ucieka. Nazwałbym to stadium uzależnienia – uzależnienia od napięcia i adrenaliny. Nie chcę przez to powiedzieć, że paparazzi jest największą ofiarą, nie chcę ich usprawiedliwiać, ale moim zdaniem oni wcale nie zyskują na tej zabawie. Za tych kilka groszy i za to, że część ludzi chciałaby im splunąć w twarz.
A czy nie próbowałeś manipulować w ten sposób, aby wydobyć z bohatera więcej ludzkich pierwiastków?
Nie. Ale cały czas liczyłem na to, że on mi coś da, że się otworzy i coś z niego wypłynie. Czekałem. Kiedy Przemek pokazał mi wreszcie to swoje miękkie, wrażliwe podbrzusze, okazało się, że sama rejestracja dobrej, szczerej rozmowy jeszcze nie gwarantuje pomyślnego ukończenia filmu. Pojawił się problem montażowy: jak montować materiał o człowieku, który ma dwie skrajne twarze? Jak poprowadzić widza, aby nie znienawidził Przemka, zanim ten zdoła opowiedzieć swoją historię. Zabiegi montażowe, jeśli już je nazywać manipulacją służą tylko i wyłącznie przełożeniu twojej wizji na język filmowy. Czy dałem się oszukać? Czy chciałem się dać oszukać? Niepewność co do Przemka pozostanie we mnie do końca... Ale pozostanie też wiara w dobrą stronę człowieka i możliwość jego przemiany.
Rozmawiała Adrianna Bogdziewicz
Informacje nt. samego filmu "Paparazzi" można znaleźć tutaj