Kuba Czekaj, fot. Tomasz Woźniczka Barbara Kurzaj, James Fordham i Kuba Czekaj na planie Paweł Uszyński, Redbad Klynstra, James Fordham, Kuba Czekaj i Barbara Kurzaj na planie

ROZMOWA Z KUBĄ CZEKAJEM

Kategoria: Wywiady

Rozmawiamy z najczęściej nagradzanym reżyserem filmów krótkometrażowych młodego pokolenia, który w Studiu Prób, Programie Fabularnym Szkoły Wajdy, pracuje nad swoim debiutem pełnometrażowym. Kuba Czekaj jest reżyserem m.in. Ciemnego pokoju nie trzeba się bać oraz Twist & Blood.  

Czy masz zamiar zostać Dorotą Kędzierzawską w spodniach?

Nie, nie śmiałbym nigdy (śmiech). Zresztą z tego co obserwuję, Dorota często chodzi w spodniach. 

Czytałam scenariusz nad którym pracujesz. Dlaczego znów chcesz zrobić film o dziecku?

Czuję, że mam więcej możliwości w kreowaniu dziecięcego świata i opowiadaniu o ich emocjach. Kiedy opowiadasz o dorosłych, wszyscy stawiają cię pod ścianą, sprawdzają. A fantazji dziecka nie da się zweryfikować.

Większe pole do popisu?

Tak, można tak powiedzieć. Lubię pracę z dziećmi, moment kiedy rośnie w nich zaangażowanie i odpowiedzialność, choć w życiu prywatnym niespecjalnie za nimi przepadam. Lubię te dzieci, które wybieram (śmiech), ale wtedy obdarzam je prawdziwą przyjaźnią.

Dlatego znów zdecydowałeś się na Jamesa Fordhama, który zagrał w Twist & Blood?

Sceny kręcone podczas Studia Prób powstają w dość szybkim tempie: jest to jeden, dwa dni bardzo ekstremalnych zdjęć. Znalezienie innego odtwórcy roli w tych warunkach było niemożliwe. Po pierwsze jest bardzo mało czasu na poznanie się, zawiązanie przyjaźni. Ważne jest, żeby mieć do siebie nawzajem zaufanie. Do Jamesa mam, wypracowaliśmy wspólną metodę pracy, niekoniecznie tej ciężkiej nad tekstem, raczej zabawy i wspólnego spędzania czasu. To spowodowało, że już po kilku spotkaniach i próbach mogliśmy wejść na plan. James przy dobrym wyjaśnieniu sceny, nawiązując do swoich osobistych reakcji na różne rzeczy, potrafi bez problemu wejść w cudze emocje. Przed ujęciem śmieje się, a za chwilę będzie się kłócił. Jest klaps, akcja i on już ma to, co powinien mieć na twarzy. Z innymi dzieciakami byłoby to nie do zrobienia. Tym bardziej, że tekst nad którym pracuję jest bardzo trudny. Opowiada o chłopcu z ponadprzeciętnymi zdolnościami. Ciężko będzie sprawić, żeby było to wiarygodne. Dopiero teraz zobaczyłem, jakim wyzwaniem będzie znalezienie odpowiedniej osoby.

Czy w związku z tym weźmiesz Jamesa, kiedy zaczniesz zdjęcia do filmu?

Nie wiem, kiedy ten film powstanie. James jest w takim wieku, że za chwilę będzie facetem.

W wywiadach powtarzasz, że w Polsce łatwo zrobić film, ale przed debiutem pełnometrażowych broniłeś się rękami i nogami. A tu nagle okazuje się, że pracujesz nad scenariuszem.

To, że pracuję nad scenariuszem jeszcze nie znaczy, że powstanie z niego film. Mówiąc, że jest łatwo, miałem na myśli sytuację, kiedy ktoś przychodzi do ciebie z tekstem, proponuje zrobienie filmu mimo, że o takim nie marzyłeś. Miałem kilka propozycji, które były nie dla mnie. Przyłapałem się na tym, że nie myślałem o nich jako historiach, które mnie interesują, tylko o samej możliwości zrobienia filmu.

O czym były filmy, z którymi do ciebie przychodzili?

Kilka powielało schemat: młode małżeństwo sprowadza się do Warszawy. Ona nie może zajść w ciążę, on pracuje w agencji reklamowej. Kryzys trzydziestolatków. Te scenariusze były bezpieczne. Nie wszyscy muszą ryzykować, ale ja muszę.

W twoim tekście szaleństw nie brakuje...

Uwielbiam rzeczy, które opierają się na wielkich kontrastach i wizualnych wyzwaniach. Muszę wyrzucić z siebie wszystko, co mocno mnie fascynuje, a jednocześnie jest mi w jakiś sposób nieznane - np. ostatnio czytałem o zespole Aspergera. Potem systematycznie oczyszczam tekst i zostaje to, co jest najważniejsze. W kinie lubię bardzo proste rzeczy. Emocje są dla mnie najistotniejsze. Więcej nie potrzebuję. Jeśli ich nie ma nawet w najbardziej wymyślnym kinie, to ono przegrywa.

Ciemnego pokoju nie trzeba się bać i Twist & Blood to filmy, które posługują się zupełnie innym językiem. Jak będzie z twoim najnowszym projektem?

To dopiero się okaże. Jestem w trakcie rozpisywania scen. Po raz pierwszy, za namową wykładowców ze Szkoły,  zacząłem od treatmentu. Wcześniej zawsze pisałem cały scenariusz i dopiero w takiej formie pokazywałem wykładowcom. A tutaj przyszedłem z pomysłem na pół kartki i musiałem sprzedać każdy etap mojego myślenia. Sam nie do końca wiedziałem, co piszę i o co mi chodzi (śmiech). Robię to zawsze bardzo intuicyjnie. Widzę serie obrazów, które przepisuję, zaczynam je analizować, budować jakąś dramaturgię i dopiero wtedy daję to komuś do czytania. A tutaj wszyscy byli świadkami mojej metody pracy i myślenia, takie odarcie. To było trudne, ale ciekawe.

Czy reżyserowi jednego z najbardziej utytułowanych polskich filmów rzeczywiście potrzebna była Szkoła Wajdy?

Przyszedłem, żeby rozwijać tekst. Chciałem spotkać Wojciecha Marczewskiego, Edwarda Żebrowskiego, Joannę Krauze i Andrzeja Wajdę. Trzon w postaci wykładowców był dla mnie bardzo ważny. W szkole w Katowicach nie było zasady okrągłego stołu, gdzie granica pomiędzy wykładowcami, a studentami by się zacierała i każdy mógłby powiedzieć, co myśli. W Szkole Wajdy niesamowite jest to, że w ciągu dnia czy nawet dwóch godzin dostajesz kilka opinii na temat twojego projektu. Najbardziej podobały mi się warsztaty o pracy z aktorem, które prowadził Udayan Prasad. To były bardzo ciekawe zajęcia, które skończyły się na graniu we własnych scenkach. Podobnie jest na WGIKu. W ten sposób poznaje się pracę przez siebie samego. Wszystkie zajęcia, które tutaj miałem były podsumowaniem moich studiów na Wydziale Radia i Telewizji.

Rozmawiała Adrianna Bogdziewicz

Fotosy z planu zobaczyć można tutaj.