Greg Zglinski, fot. Philip Skraba Robert Więckiewicz jako Alfred i Gabriela Muskała jako Wiola: Wymyk, fot. Philip Skraba Robert Więckiewicz jako Alfred: Wymyk, fot. Philip Skraba

ROZMOWA Z GREGIEM ZGLINSKIM

Kategoria: Wywiady

Rozmawiamy z reżyserem rozwijanego podczas programu Ekran 2008 Wymyku (prod. Opus Film). Film prezentowany był do tej pory w Konkursie Głównym 36. FPFF w Gdyni, gdzie otrzymał m.in. nagrodę za Debiut Reżyserski lub Drugi Film (ex aequo z Lękiem wysokości) oraz za Scenariusz. Międzynarodowa premiera Wymyku odbędzie się podczas Festiwalu w Busan, w Korei Południowej. Poprzedni film Grega Zglinskiego, Cała zima bez ognia, zdobył m.in. Nagrodę Specjalną oraz Nagrodę CinemAvvenire podczas Festiwalu w Wenecji.  

Jak gdyńska publiczność odebrała twój film?

Dobrze . Nawet bardzo dobrze.

I chyba nie należy się temu dziwić, bo Wymyk może podobać się bardzo różnej publiczności - łączy w sobie kilka rodzajów kina.

Staram się czerpać z różnych gatunków, więc dobrze, że to się udało. Obserwowałem widownię i widziałem, że w miejscach, w których chciałem uzyskać pewną reakcję, uzyskałem ją. To było fajne! Praca nad scenariuszem zadziałała.

W wywiadach mówisz, że nie lubisz pisać. Czy po sukcesie w Gdyni zgłosili się do ciebie jacyś scenarzyści z ciekawymi pomysłami?

Zgłosili, ale jeszcze nic dla siebie nie znalazłem. Cały czas czekam. Zresztą ostatnio nawet polubiłem pisanie, bo nabrałem wprawy. Prawie każdy scenarzysta powie, że pisanie jest katorgą, a na pewno każdy reżyser. Pisanie często jest przeciwne temperamentowi reżysera. Na planie jest się w akcji, buzuje adrenalina, a tu trzeba usiąść na dłuższy czas, skupić się i przenieść tę akcję do środka.

Ale czy nie jest tak, że reżyser, który siada do pisania ma ten komfort, że wszystko zależy wyłącznie od niego?

Oczywiście, jest większa kontrola, ale i więcej trzeba samemu wymyślić. Dlatego dużą satysfakcję dała mi nagroda za scenariusz [w Gdyni], który powstawał w przeciągu 5 lat. Myślę, że udało się stworzyć dobrą konstrukcję i trafić w odpowiedni ton. Konstrukcja ze scenariusza przeniosła się do konstrukcji filmu. Jedyna zmiana, poza paroma małymi skrótami, polegała na tym, że przestawiliśmy dwie sceny. Podobnie z długością. Pierwsza układka, która ma zazwyczaj ze 3 godziny, u nas trwała 95 minut. Podczas całego procesu montażu wypadło zaledwie 11 minut, więc to jest dla mnie powód do dużej satysfakcji.

Twoja metoda pracy wygląda tak, że piszesz całą masę wersji jednego scenariusza.

Było ich dużo. Kilkadziesiąt.

Ale ostateczna wersja powstaje dopiero po próbach z aktorami.

Tak. Podczas prób następuje pierwsze zderzenie świata wyobrażonego z rzeczywistością. Wtedy weryfikuje się na ile to, co zostało napisane, jest OK. Dopasowuję postacie do aktorów, czasem na odwrót. Aktorzy przynoszą też swoje pomysły, które często są bardzo dobre. Scenę w Wymyku, w której bracia droczą się jadąc samochodem, wymyślili Łukasz Simlat z Robertem Więckiewiczem. Spisałem ją, trochę dopracowałem i weszła do filmu. Ostatecznie uważam, że była bardzo potrzebna.

Także na planie podczas kręcenia szlifowaliśmy sceny, dialogi, a także później w montażu i podczas udźwiękowienia. Tak więc scenariusz jest pisany do samego końca, czyli do ostatecznego zgrania. Pracuję tak niezależnie od tego, czy jestem autorem scenariusza czy też nie. Ważne dla mnie w tym wszystkim jest to, żebym rozumiał i czuł wszystko o czym opowiadam. Czasem wymaga to przerobienia cudzego tekstu. Ale wiem, że kiedy scenariusz jest mi bliższy, zrobię lepszy film. 

Co swojego odnalazłeś w Całej zimie bez ognia?

Kiedy dostałem od producenta do przeczytania scenariusz, wyglądał on trochę inaczej. Wątek żony był w nim ledwie zarysowany. Była to historia romansu między głównym bohaterem, a kobietą z Kosowa. I to romansu skonsumowanego. Na początku pomyślałem, że to nie dla mnie. Ale z drugiej strony była to szansa na zrobienie filmu, ponieważ producent znalazł już pierwsze fundusze.

Zacząłem się zastanawiać, jakie interesujące mnie tematy znajdują się w tej historii. Zainteresowała mnie pozycja, w której znalazł się bohater - między młotem a kowadłem. Nie może kontynuować swojego dotychczasowego życia, a jednocześnie nie może się związać na nowo z wielu powodów: postawy wewnętrznej, poczucia odpowiedzialności za żonę, ale też żeby nie skrzywdzić tej nowopoznanej kobiety. Musiał być czujny, bo sytuacja, w której się znalazł, była stąpaniem po cienkim lodzie. W takich ekstremalnych sytuacjach ujawniają się prawdziwe wewnętrzne postawy, lęki, emocje. I właśnie to mnie ciekawi.

Masz na swoim koncie sporo filmów: dokumentów, krótkich fabuł, Całą zimę bez ognia, teraz Wymyk

Pomijasz  seriale.

Ale zrobiłeś tylko kilka odcinków…

Nie, nie… Zrobiłem 3 odcinki Na dobre i na złe, 4 ostatnie odcinki Pitbulla oraz 6 odcinków pierwszej serii Londyńczyków jako reżyser, a całość jako reżyser formatujący. Pracowałem tam nad wszystkimi scenariuszami i czuwałem nad całością postprodukcji. Każdy z tych odcinków miał po 43 minuty, więc jakby to wszystko zliczyć, to w ciągu dwóch lat nakręciłem z 6 fabuł. I na ile to było możliwe, podchodziłem do tych seriali jak do filmów fabularnych. Szczególnie do Londyńczyków, których mogłem współkształtować od samego początku.

Ale dlaczego ktoś, kto zrobił tyle filmów, w tym tak doceniony film, jakim jest Cała zima…, przychodzi do Szkoły Wajdy?   

Za każdym razem, kiedy zabieram się za nowy projekt, mam wrażenie, że to jest mój pierwszy film. Nie jestem wizjonerem, który ma cały film już w głowie. Jestem raczej poszukiwaczem. Mam tematy, postacie i szukam sposobu, w jaki mogę o nich i ich emocjach opowiedzieć.

W Wymyku bardzo pomógł mi współscenarzysta, Janusz Margański oraz Ekran, gdzie dostaliśmy feedback od bardziej doświadczonych scenarzystów i reżyserów. Ten program dał mi bardzo dużo. Po pierwsze zmuszają tu do myślenia, a po drugie nie przepuszczają żadnej ściemy, szczególnie Wojciech Marczewski. Zresztą dużo mu zawdzięczam. On był pierwszą osobą, która doradziła mi, jak zabrać się za ten projekt. A potem zaprosił mnie właśnie na Ekran, a potem jeszcze na jedną sesję Studia Prób.

Oglądałam scenę z Wymyku, którą nakręciłeś podczas Ekranu i nie miałam wątpliwości, że to jest ten sam film, który zobaczyłam później w Gdyni. Wygląda na to, że od razu udało ci się uchwycić właściwy ton.

Scena, którą nakręciliśmy, była naszym wyznacznikiem. Dzięki niej poczuliśmy, jaki to będzie film. I chwała za taką możliwość. Już wtedy zagrał Robert Więckiewicz i to wtedy postanowiliśmy z Januszem Margańskim, że scenariusz będziemy pisać z myślą o nim.

[Scena z Wymyku, którą Greg Zglinski nakręcił podczas programu Ekran do zobaczenia tutaj]

W czasach, kiedy wszyscy robią filmy o odwadze, o bohaterstwie, ty robisz film o strachu i tchórzostwie. Przyznasz, że to mało komercyjne.

Cokolwiek to znaczy. Protagonisty nie trzeba lubić. Najważniejsze, żeby intrygował. To był klucz do naszej głównej postaci. Aczkolwiek ja takie postacie lubię. Sympatyzuję z outsiderami, ludźmi zalęknionymi, którzy na swój sposób docierają do prawdy, czasem dopiero pod przymusem. Taka jest właśnie droga Alfreda.

Nie bałeś się takiego podejścia?

Nie, taki bohater jest bardzo ciekawy, bo nosi w sobie dramat. Ale rzeczywiście na początku protagonistą był ktoś inny. Sześć lat temu przeczytałem opowiadanie Cezarego Harasimowicza pt.Jerzy, w którym dwóch młodych studentów przeżywa w pociągu podobny incydent. Co prawda tytułowy Jerzy, który nie pomógł koledze, także nie jest bohaterem w pełni pozytywnym, ale w odróżnieniu od naszego Alfreda cały czas czuje się u niego jakąś wewnętrzną siłę.

Przymierzając się do adaptacji tej historii stwierdziliśmy razem z Januszem, że bardziej od głównego bohatera interesuje nas jeden ze świadków wypadku, który w opowiadaniu był zaledwie zarysowany. To mężczyzna pozornie mający życie pod kontrolą, ale z ukrytym wewnętrznym rozdarciem. I to właśnie na tej postaci oparliśmy nasz scenariusz, zachowując incydent w pociągu jako dramaturgiczne koło zamachowe.

Wymyk to dziwny tytuł.

Wymyślił go Janusz. Mnie się bardzo podoba. Aczkolwiek miałem i mam pewne obawy, czy ten tytuł nie jest za bardzo intelektualny. Nie budzi od razu żadnego skojarzenia, a jeżeli już, to z ćwiczeniem na drążku. Dopiero po chwili zastanowienia dostrzega się pokrewieństwo z czasownikim wymykać się. Ale może właśnie ta nieco okrężna droga jest dobra.

Byłeś uczniem Kieślowskiego, potem poszedłeś do Wajdy i Marczewskiego. Jak się robi filmy z takim zapleczem? To błogosławieństwo czy przekleństwo?

Miałem wielu nauczycieli, od każdego coś wyniosłem. Ale rzeczywiście po Kieślowskim wydawało mi się, że już nigdy nie spotkam kogoś, kto będzie potrafił mówić o filmie tak rzeczowo i klarownie. A jednak spotkałem - Wojciecha Marczewskiego. Dużo od niego się nauczyłem, choć nawet z nim nie zawsze się zgadzałem. Wydaje mi się ważne, żeby do wszystkich propozycji i komentarzy od autorytetów podchodzić z pewnym dystansem, filtrować wszystko przez pryzmat własnego spojrzenia na kino i życie, i wybierać to co jest dla mnie najlepsze.

Wymyku Gabriela Muskała stworzyła bardzo intrygującą postać. Wiola po wypadku zaczyna odczuwać niechęć do swojego męża, a jednocześnie próbuje odkupić jego winę zajmując się nieprzytomnym Jurkiem.

Ta niechęć siedzi w niej od początku, ale dopiero po wypadku wychodzi na jaw. Może nie tyle niechęć, ile zmęczenie odgrywaniem wyznaczonej przez Alfreda roli posłusznej żonci. Z drugiej strony z Jurkiem miała lepszą komitywę, niż z własnym mężem i to on staje jej się bliższy. Incydent powoduje, że zaostrzają się ukryte napięcia rodzinne. W jednej z wersji scenariusza pojawił się nawet motyw dawnego romansu Wioli z Jurkiem, ale postanowiłem z niego zrezygnować. To by spłaszczyło ich relację.

Dwuznaczność tej relacji i tak jest wyczuwalna.

To dobrze. W filmie romans między Wiolą a Jurkiem zawiązuje się dopiero po wypadku. Z drugiej strony Wiola jest przykładem dla Alfreda, jak powinien się zachowywać – to on powinien zajmować się bratem.

Zresztą nic tu nie jest takie proste, na jakie może wyglądać. Na przykład Alfred w pociągu nie reaguje z różnych powodów. Boi się agresywnych chuliganów, ale może nie reaguje też dlatego, że pokłócił się z bratem i  podświadomie odczuwa chęć zemsty. Wynik jest jeden, ale doprowadza do niego szereg różnych czynników. Ktoś, kto zabił, najczęściej nie jest zły, bo tak naprawdę mało jest złych ludzi. Za to jest mnóstwo ludzi pogubionych.

Bardzo się cieszę, że wreszcie znalazł się reżyser, który stworzył postać taką jak Alfred. Z jednej strony łatwo go potępiać za to, co zrobił, ale z drugiej nie wiadomo, jak sami byśmy się zachowali w podobnej sytuacji. Konsekwencją jest wykluczenie.

Dlatego Alfred jeszcze próbuje to odepchnąć, wymknąć się z tej sytuacji.

Na początku tak. W efekcie widać, że nie jest to łatwe.

Pętla się zaciska, a on się szamocze. Współczuję takim ludziom. Tym bardziej, że to nie jest wyrachowanie. Zawsze kibicuję ludziom, którym jest trudno.

Tak naprawdę miał pecha i stąd chyba większość nieszczęść.

Miał pecha, ale także jego brak reakcji w pociągu nie jest wynikiem tylko tej konkretnej sytuacji. Ten brak reakcji jest wynikiem całego życia, jakie dotychczas przeżył, małych krętactw i braku odwagi, które się nagle skumulowały. Natomiast paradoks polega na tym, że poprzez to, co się wydarzyło, Alfred ma szansę na życie z prawdziwymi uczuciami, bez udawania.

Udało ci się znakomicie wyważyć te wszystkie składowe...

Zauważyłem, że odczytanie końca zależy od tego, co kto w sobie nosi – inaczej widzi koniec pesymista, inaczej optymista.

Rozmawiała Adrianna Bogdziewicz

Wymyk trafi do polskich kin 4 listopada 2011 roku.
Film Cała zima bez ognia można zobaczyć tutaj.