Leszek Dawid, fot. www.venice-days.com

ROZMOWA Z LESZKIEM DAWIDEM

Kategoria: Wywiady

Rozmawiamy z reżyserem filmu "Ki" (produkcja Skorpion Arte), który rozwijany był podczas prowadzonego przez Wajda Studio programu "Ekran".  Fabularny debiut Leszka Dawida prezentowany był w sekcji Venice Days w ramach 68. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Obraz zaproszony został już także do Cottbus i Petersburga. "Ki" zakwalifikowane zostało do Konkursu Głównego 36. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, gdzie Roma Gąsiorowska otrzymała nagrodę za Najlepszą Rolę Żeńską. 

Motyw młodej matki samotnie wychowującej dziecko nie jest często wykorzystywany w kinie.

Możliwe. Ale nie podchodziłem do sprawy analitycznie. Nie myślałem o tym, żeby zająć się tematem, który nie jest podejmowany. Ta bohaterka przyszła do mnie razem z tekstem Pawła Ferdka. Uciekam, jak mogę, od wymyślania tematu, kombinowania czym się właściwie warto teraz zająć. Nie mam tezy i nie chcę jej mieć. Chcę opowiadać historie, których kontekst najczęściej jest bardzo złożony. Nie mam zamiaru go upraszczać. W tym przypadku chcę pokazać historię Ki, a sytuacja kobiety wychowującej samotnie dziecko we współczesnym świecie siłą rzeczy buduje się równolegle i jest wartością filmu. Oczywiście myślę o tym kontekście, ale punktem wyjścia jest dla mnie ciekawy bohater i ciekawe opowiadanie. Ki to intrygująca postać, bardzo niejednoznaczna, pociągająca i odpychająca zarazem. Chciałem się z nią filmowo zmierzyć.

Zastanawiające jest to, że spotyka się trzech facetów i robią film o kobiecie. Do tego jest to spojrzenie i świeże, i prawdziwe.

To miłe, jeśli tak to jest odebrane. Ale było to, nie ukrywam, problemem. I dla nas, i dla innych. Na „Ekranie” często zadawano nam pytanie, dlaczego właściwie trzech mężczyzn chce opowiadać o kobiecie. Sami zastanawialiśmy się z Pawłem Ferdkiem i Łukaszem Guttem, na ile jesteśmy do tego uprawomocnieni. Nie wydawało nam się, żebyśmy byli w jakikolwiek sposób uprzywilejowani z powodu tego, że jesteśmy facetami, ani też, że nie mamy do tego prawa.

Ferdek, scenarzysta, znał pierwowzór bohaterki. Był świadkiem wielu wydarzeń w jej życiu, więc mógł zawrzeć w tekście prawdę. Stąd wziął się pomysł. Myślę, że ten obraz jest żywy, bo tacy ludzie są obok nas. Wiele razy już słyszałem: -  „Słuchaj, znam taką Ki, mieszkałem z nią we Wrocławiu” albo: - „Słuchaj, poznałem kiedyś taką Ki”. Najciekawsze jest to, że zawsze unikało się konfrontacji z bohaterem, którego się nie lubi, któremu się nie współczuje. Tego uczono mnie w szkole.  Ale ja nie chciałem, żeby moja bohaterka była ofiarą. Z jednej strony chciałem powalczyć o empatię widza, a z drugiej samemu poznać racje kogoś, kto zachowuje się jak Ki. Dlaczego taka jest i co ją motywuje? Czy współczesny świat determinuje do takich zachowań?

Asystentem reżysera była Agnieszka Smoczyńska. Czy jako kobieta miała jakiś wkład w scenariusz?

Miała. W pewnym momencie stwierdziłem, że dobrze byłoby zaangażować w ten projekt kobietę. Cieszę się, że poprosiłem Agnieszkę, bo miała bardzo fajne uwagi. Spojrzała na ten projekt od strony nam nieznanej. Sama jest matką dwójki dzieci, więc doskonale czuła temat macierzyństwa. Bardzo nam pomogła. W wielu kwestiach dużo zawdzięczam Wojciechowi Marczewskiemu. Będąc z nami od początku projektu widział jego rozwój i czuwał by szedł w dobrym kierunku. Natomiast opiekunem artystycznym filmu została Agnieszka Holland, co było dobrym rozwiązaniem, bo patrzyła na ten projekt nie tylko z punktu widzenia doświadczonego filmowca, ale także okiem kobiety.

A czy twoje własne oko, dokumentalisty, okazało się przydatne?

Pewnie wykorzystuję zaplecze dokumentalne, ale nie robię tego świadomie. Wydaje mi się, że dało mi pewnego rodzaju wyczucie prawdy, wzmocniło intuicję i że to w jakimś sensie przenosi się na efekt. Również na etapie wyboru aktorów, castingu zwracam uwagę na naturalność. Na pewien styl gry aktorskiej, który jest bliski „byciu” a nie odtwarzaniu danej postaci. Tekst Pawła bazuje na rzeczywistości, więc nie chcieliśmy od niej odchodzić. No i chyba najważniejsze, co wywodzi się z dokumentu: przyjąłem perspektywę bohaterki. W pewnym sensie to nie ja opowiadam o Ki. Raczej daję jej głos, by sama opowiedziała o sobie.

Przyszedłeś z projektem tego filmu na „Ekran” w 2006 roku, a tymczasem dopiero w 2011 zobaczyliśmy „Ki” w Gdyni. Dlaczego trwało to tyle czasu?

To trwało tyle czasu? Rzeczywiście! (śmiech) Przyszliśmy na „Ekran” z projektem, który nie był gotowy. Był w fazie „treatmentu”. Dopiero po „Ekranie” powstała pierwsza wersja scenariusza. Potem, w ciągu roku powstawały kolejne i w 2007 zaczęliśmy starania o sfinansowanie tego filmu. Nie było łatwo. Wydaje mi się, że to była kwestia strategii, jaką przyjął nasz producent, śp. Paweł Rakowski. Bardzo chciał pozyskać do tego projektu telewizję i wstrzymywał się z ubieganiem o inne środki do czasu jej decyzji. Ale jak to w telewizji bywa, ta była co rusz odraczana. Byli zainteresowani tekstem, ale nic z tego nie wynikało. To trwało około półtora roku, kiedy w końcu Paweł zrezygnował i zdecydował się złożyć projekt do PISF-u. Było ciężko, bo nie mieliśmy tego wkładu telewizyjnego, więc musiał szukać innego zaplecza, żeby móc dostać środki z Instytutu. Wreszcie dostaliśmy pieniądze z PISF-u i jeszcze rok trwały przygotowania i castingi, a potem prawie kolejny rok postprodukcja.

Nie był to drogi film, ale jednak nie mogliśmy domknąć budżetu. Dopiero Małgosi Jurczak, która tę produkcję przejęła po Pawle, udało się go wreszcie zamknąć.

Zawsze musi minąć trochę czasu, nim od pomysłu dojdzie się do gotowego projektu. Film to jednak wciąż dyscyplina dla długodystansowców. Niestety albo „stety”. Sam nie wiem. Wyzwala to strategię, w której trzeba myśleć kilkoma projektami równolegle, co nie jest łatwe. W oczekiwaniu na „Ki” zrobiłem dwa filmy dokumentalne. Przygotowałem też „Jesteś bogiem”. 

Czy „Ekran” pomógł Ci w jakiś sposób?

Cieszę, że byłem na „Ekranie”. Cała nasza trójka rozpoznawała grunt, po którym stąpa. Fajnie było przeżyć tą drogę wspólnie i do tego twórczo. Bardzo pomocny był tak wczesny „feedback”. Kierunek wskazało nam ćwiczenie, które polegało na realizacji dwóch scen z tego tekstu. Kiedy je zobaczyłem, pomyślałem, że wyglądają nieźle, ale chyba nie taki powinien być ten film. Oczywiście zrobiłem film i wygląda zupełnie, jak te dwie sceny. Albo nie potrafiłem uciec od pewnego rodzaju wyobrażenia o tym tekście albo może niesie on z sobą energię, której nie można zmienić.

To był dobry czas. Nieczęsto mamy okazję, żeby konfrontować nasze pomysły z ludźmi z innych kręgów kulturowych. Widzieliśmy w miniaturze jak nasz film może być przyjęty w świecie. Po wyjściu ze szkoły strasznie ważne jest działanie w grupie, w której jest scenarzysta, operator, reżyser, producent... Przygotowywaliśmy ten projekt przez kilka lat i na planie właściwie nie musieliśmy już ze sobą rozmawiać. Z Łukaszem Guttem wiedzieliśmy już wszystko o tym filmie, znaliśmy jego energię. Wiedzieliśmy gdzie stawiać kamerę, jakiego rodzaju powinna być inscenizacja, jaki rodzaj światła byłby najlepszy. Przeżyliśmy już ten film. Każdy nosił go w sobie. Dzięki „Ekranowi” zdążyłem zaprzyjaźnić się z Ki.

W wywiadach mówisz, że przez długi czas szukałeś tej postaci, szukałeś też aktorki, tymczasem ostatecznie także zostałeś przy Romie Gąsiorowskiej.

W obu scenach kręconych podczas „Ekranu” obsadziliśmy Romę, bo czułem, że to może być ona, że potrzebuję właśnie takiej aktorki. Natomiast im dłużej pracowałem nad tym projektem, tym bardziej miałem poczucie, że może coś trzeba zmienić. To była próba ucieczki od czegoś, co organicznie wpisywało się w ten film. Efekt jest taki, że daleko nie uciekliśmy, z czego oczywiście się cieszę. Wynika z tego, że projekt można zrobić na różne sposoby, ale istnieje tylko jedna forma, która jest dla niego optymalna. I najlepiej się jej podporządkować. Ten film nie mógł wyglądać inaczej. To ciekawe doświadczenie.

Paweł Ferdek mówi, że jego scenariusz przeniesiony na ekran stracił pazur. Jak wyglądała wasza współpraca? Czy Paweł był obecny na planie?

Bardzo się cieszę ze współpracy z Pawłem. Ma dobre oko i ucho. Swoje obserwacje potrafi umiejętnie przelać na papier. Sam bym lepiej tego scenariusza nie napisał, bo to Paweł był uczestnikiem życia naszej protoplastki. Zapisane luźno sceny wymagały ingerencji konstrukcyjnej, dlatego postanowiliśmy, że wprowadzę zmiany. Dwie ostatnie wersje tekstu skonstruowałem już sam.

Paweł bywał obecny na planie, ale mieliśmy jego przyzwolenie, żeby zmieniać tekst zgodnie z tym, co czujemy. Z Adamem Woronowiczem, Krzysiem Ogłozą i Romą Gąsiorowską powyrzucaliśmy rzeczy, które albo brzmiały nieprawdziwie albo były niepotrzebne. Ten tekst żył na planie. Kiedy Paweł zobaczył jedną z pierwszych wersji montażowych, rzeczywiście miał poczucie, że scenariusz stracił pazur, ale według mnie tak nie jest. Trudno konfrontować wyobrażenie o swoim tekście z obrazem, który zrealizował ktoś inny. Pewnie zawsze pojawia sie jakiś rozdźwięk. Co nie zmienia faktu, że Paweł zaakceptował obraz, który zrealizowaliśmy.

Czy dziewczyna, która była pierwowzorem Ki, widziała ten film?

Inaczej niż w dokumencie, ona dała jedynie podwaliny dla tej postaci. Pierwowzór jest jeszcze bardziej wyrazisty, niż nasza bohaterka. Nie wiem czy widziała. Mieszka w Berlinie, ale jest w kontakcie z Pawłem. Chcieliśmy, żeby przyjechała do Wenecji. Ale nie wiem czy ostatecznie tam dotrze.

Rozmawiała Adrianna Bogdziewicz

"Ki" w reżyserii Leszka Dawida wejdzie do kin 30 września 2011 roku. Dystrybutorem filmu jest Best Film.