Aidyn Sakhamanov, fot. Adrianna Bogdziewicz Aidyn Sakhamanov, fot. Adrianna Bogdziewicz Nikolay Nemchenko, Otar Saralidze, Hike Gasparian, Jakub Giza, fot. Adrianna Bogdziewicz Iza Kuna, fot. Adrianna Bogdziewicz

ROZMOWA Z AIDYNEM SAKHAMANOVEM

Kategoria: Wywiady

Aidyn Sakhamanov jest absolwentem Wydziału Reżyserii i Sztuki Aktorskiej Kazachskiej Narodowej Akademii Sztuki im. T. Zhurgenova w Ałmacie, gdzie obecnie wykłada. Pracował jako reżyser w Teatrze Dramatycznym im. B. Rimova. Zrealizował kilka krótkometrażowych fabuł, w tym Wieczność oraz Tengri, które stanowią dwie pierwsze części tryptyku, a które pokazywane były na wielu światowych festiwalach filmowych. Aidyn Sakhamanov, jako uczestnik Studia Prób, programu skupiającego się na etapie preprodukcji, a kończącego realizacją wybranych scen ze scenariusza, postanowił nakręcić cały film w czasie, który jego koledzy poświęcają na zrobienie dwóch scen. W rozmowie Aidyn opowiada o swoim szalonym pomyśle, który, dodajmy, udało mu się zrealizować.    

Jesteś tuż po zdjęciach. Widziałeś już cały materiał?

Tak.

I jak się prezentuje?

Chyba dobrze. Wszyscy, szczególnie pan Wojtek [Marczewski], obawiali się, że tempo pracy źle wpłynie na jakość materiału. Ale uspokoiłem się pierwszego dnia zdjęć. Bardzo pomagał mi Kuba [Giza]. Myślę, że gdybym miał innego operatora, nie zdążyłbym. Tymczasem Kuba nie dość, że jest bardzo zdolny, to na dodatek potrafi naprawdę szybko pracować. Ale żeby wiedzieć jak wypadła całość, trzeba jeszcze zaczekać kilka dni.

Jak powstawał twój scenariusz?

Od początku lipca ubiegłego roku napisałem ich kilka: komedię, dramat…

Więc nie były to różne wersje jednego scenariusza, a zupełnie różne teksty.

Zgadza się. Ta, którą zdecydowałem się nakręcić, była ostatnia. Tak poradził mi Maciek [Sobieszczański]. Później przeczytał to Wojciech Marczewski i powiedział, że warto pracować nad tym tekstem. Najnowsza wersja scenariusza powstała w ciągu ostatnich tygodni, ale to nie jest jego ostateczna wersja. Chcę jeszcze nad nim popracować, bo to, co mam, to w zasadzie materiał wyjściowy do fabuły dłuższej niż 15 minut. To dramat dwojga ludzi z dwóch różnych kultur, z różnych pokoleń, o zupełnie różnym punkcie widzenia, innym sposobie na życie, jednak takich, którzy mają ze sobą coś wspólnego. Nie jest to historia na 10 czy 15 minut, ale chcę zobaczyć, jak będzie wyglądała w takim formacie.

Czy dlatego napisałeś scenariusz na 15-minutowy film, żeby nakręcić go w czasie, który inni uczestnicy Studia Prób poświęcają na zrobienie dwóch scen?

Nie. Postanowiłem, że zrobię to w 2 dni dopiero wtedy, kiedy Dominika [Płazińska, kierownik produkcji] powiedziała, że nie mamy dość środków na to, żeby w normalnych warunkach nakręcić cały film. Ostatecznie całość mogła powstać tylko dlatego, że drugiego dnia wszyscy zgodzili się pracować za darmo: Kuba, dźwiękowcy, aktorzy, statyści, słowem - wszyscy. Za lokalizację nie musieliśmy płacić w ogóle. To wszystko udało się dzięki Bogu i dzięki ludziom, którzy byli obok.

A jak na twój pomysł zareagowali aktorzy?

Dobrze, chociaż Otar [Saralidze] na początku był dość zaskoczony. Ale też w pewien sposób ten eksperyment był mu na rękę - wolał zagrać w całym filmie, niż tylko w dwóch scenach. Poza tym, tematyka tego filmu jest mu bliska. Nawet w większym stopniu, niż była bliska mnie. Otar pochodzi z Gruzji, ale od 8 lat mieszka w Polsce. Może też dlatego zgodził się zagrać za darmo.

Jak pracuje się w takim tempie? Na planie zwijałeś się jak w ukropie. Miałeś rozpisany plan działania co do minuty.

Tak. Wcześniej byliśmy z Kubą we wszystkich miejscach, zrobiliśmy zdjęcia, żeby wiedzieć jak powinna być ustawiona kamera, skąd będzie wychodził aktor itd. Dałem tak przygotowane materiały Otarowi, żeby mógł się jakoś zorientować w tym, co będziemy robić. Izie [Kunie] oczywiście tego nie pokazywałem. Nigdy nie pracowałem z tak doświadczoną aktorką. Dzięki niej nauczyłem się lepiej pracować z aktorem. A to nie jest łatwe. Co prawda na pierwszym spotkaniu Iza miała bardzo wiele pytań, ale ostatecznie sama sobie na nie wszystkie odpowiedziała (śmiech). Sama też proponowała wiele rozwiązań.Pozostawało mi tylko zdecydować, czy chcę się nimi posłużyć, czy nie. Pracowało mi się bardzo dobrze z całą ekipą, każdy doskonale wiedział, co ma robić.

Co okazało się być szczególnie trudne w ciągu tych dwóch dni?

Drugi dzień był łatwiejszy. Co prawda kręciliśmy w różnych miejscach, więc musieliśmy często i szybko przemieszczać się, ale to był jedyny problem. Gorzej było pierwszego dnia. Mieliśmy więcej pracy przy oświetleniu, bo kręciliśmy nocą. Wszyscy byli zmęczeni, Iza była po spektaklu… Mieliśmy też kłopoty z policją, kiedy robiliśmy zdjęcia w przejściu podziemnym, gdzie graliśmy na bębnie. A akurat tam był zakaz. Nie wlepili nam mandatu, bo powiedzieliśmy, że jesteśmy studentami i kręcimy film do szkoły. Ale spisali nas. Niektórych (śmiech). Sam nigdy bym nie uwierzył, że można zrobić film w 2 dni. Wygląda więc na to, że jest to możliwe, ale już wiem, że nie można tak robić. Bo teraz już widzę, że tempo pracy odbija się na jakości materiału.

Wcześniej zrobiłeś kilka filmów krótkometrażowych.

Tak, kilka. Ale trzeba napisać filmów (śmiech). Były naprawdę krótkie, w klimacie surrealistycznym. Poza tym nie miały dialogów. Ale brały udział w różnych festiwalach: m.in. w Paryżu. W Polsce, w ramach Offeliady, pokazywany był mój film dyplomowy. Mimo, że był zrealizowany w nurcie kina eksperymentalnego, został dobrze przyjęty. Może też dlatego, że temat jest raczej uniwersalny, opowiada o duchowości, poszukiwaniu sensu życia. Miałem wtedy problem z aktorami. To byli aktorzy teatralni i grali tak, jak się gra w teatrze. Ostatecznie z nich zrezygnowałem i kręciłem chłopaków z ulicy. Lepiej, łatwiej i nie grają. Bo właśnie tam potrzebowałem, żeby mi nie grali. 

Rozmawiała Adrianna Bogdziewicz